Gdziekolwiek jestem, stoję nad brzegiem wezbranego obszaru,
o którym nie wiem nawet, czy na pewno istnieje. Wszystkimi zmysłami rzeczywistymi,
a zwłaszcza urojonymi, odpowiedniejszymi do badania pogranicza nicości, wychodzę, idę, rozchodzę sie,
w sobie, przed siebie,poza siebie, we wszystkie, możliwe strony na spotkanie żywiołu, który z każda chwilą rozprzestrzenia sie coraz rozleglej, jedynego żywiołu który mnie ogarnia, ale nie ogranicza. Bezowocne, daremne starania. A obszar wzbiera nieustanie, coraz bardziej niewątpliwy, chociaż coraz bardziej nieprawdopodobny.
Wzbiera moją o nim niewiedzą.
Wzbiera moim nań uwrażliwieniem.
Wzbiera unicestwiającym mnie zachwytem.
Wzbiera dochodzi do gardła, do ust, do oczu , do myśli, które beze mnie wymawiają się same,
wymawiają do końca, tak jak jeszcze nigdy, bo z bardzo daleka słyszę, jak głos mój dochodzi do mnie przemieszany z przestrzenią, jakby z nią razem rozlegał się między nami…


Zbigniew Bieńkowski